|
Andrzej Gwóźdź Właściwie z niczym, co wydało kino, i z nikim nie można go porównać. Fanatyk kina, mimo wszystko jednak jakoś szczęśliwy w tym swoim zaczadzeniu magią celuloidu. Człowiek-ekipa, a przy tym samotnik, z rzadka tylko wychylający głowę ze swej trupy, którą przywlókł do kina z teatru. Prawdziwy filmorób, nie dzielący życia na kino i coś jeszcze – bo wszystko dla niego było kinem, tylko kinem, i niczym innym. Niepoprawny kinomaniak na nieustającym seansie w kinie totalnym... Miał je w jednym palcu, no może w palcach jednej ręki, choć uczył się go sam. Mozolnie, ale skutecznie – z filmu na film – dziesiąty, dwudziesty, czterdziesty… Kiedy z ekranów niemieckich Lichtspieltheatrów wiało tandetą Heimatfilmów, robił filmy o monachijskich gangsterach – też trochę tandetne, ale inaczej, bo ubóstwem ekipy, bohaterów i świata, który pokazywał. Kiedy piewca marynarskiej przygody Freddy Quinn wyśpiewywał landrynkowate melodie na tle jugosłowiańskich plaż udających Hawaje, on zadziwił wysmakowaną Opowieścią o Effi Briest i ciepłym Strach zżerać duszę. I nieustannie prowokował, nawet matkę, której kazał grać w swoich filmach, a w jednym z nich – epizodzie z filmu kolektywnego Niemcy jesienią – nieźle jej nawet naurągał. Wtedy, kiedy Volker Schlöndorff odbierał Oscara za Blaszany bębenek, on mozolił się nad tym, by z Döblinowskiego Berlin Alexanderplatz wydusić ponad piętnaście godzin cudownej sagi; kiedy Wenders i Herzog wędrowali z kamerą po świecie, on penetrował przedmieścia Monachium, z których wydobywał egzotykę wcale nie metropolitalną. Ale także tę tkwiącą w ludziach, którzy muszą mieć swych dzieciorobów – obojętne czy będzie to gastarbeiter, Murzyn czy ktoś inny – bo na coś innego ich nie stać. Taki już był: nieprzystojny, owiany nalotem dekadenckiej melancholii, fantastycznie zakręcony, genialny pamięcią światów filmowych, z których komponował swoje kolejne filmy. I nawet jeżeli były to romansidła, wiało od nich grozą zgoła niehollywoodzką. Chciał być jedną nogą tam, w Hollywoodzie, ale drugą mocno stąpał po bawarskim bruku. Zupełnie tak jak postaci z jego filmów i aktorzy, których angażował, ciągle zresztą ci sami. I dokładnie tak jak jego diwa z Królewskiej Huty. Hanna Schygulla – to najwspanialsze, co mogło mu się przytrafić w jego kinożyciu: skrzyżowanie bawarskiej (górnośląskiej?) barbie z mondialnością „made in Germany”. Jak ona potrafiła to wygrywać, niezależnie od wieku i filmu: spojrzeniem, sposobem stąpania po ziemi, całym ciałem i duchem… I jak on to wszystko umiał ze sobą połączyć, zespolić tak, że stawało się jednym kruszcem, i to wcale nie kruchym! Był mistrzem krzyżowania opowieści i nastrojów, mieszania w ludzkich losach i wyciągania z tego co najlepsze: dla kina, któremu złożył w ofierze siebie niemal ćwierć wieku temu. A kino zetknęło ich po raz pierwszy w krótkim metrażu Jeana-Marie Strauba z roku 1968 Der Bräutigam, die Komödiantin und der Zuhälter w pamiętnym okresie dramaturgicznego debiutu Fassbindera Dzieciorobem i zamiany Action-Theater na antiteater. Ale chyba mimo wszystko tęsknił trochę do czasów, kiedy rozbrzmiewały szlagiery epoki „cudu gospodarczego”, kiedy bywało że chodził do kina kilka razy dziennie. Na filmy amerykańskie ma się rozumieć. No, może nie była to nostalgia, ale coś jak sublimacja braku, którego nie wypełniło mu dzieciństwo, schłodzone niekochającymi się rodzicami, ich rozstaniem, wreszcie terminowaniem u ojca w Kolonii, który w związku z utratą prawa wykonywania zawodu lekarskiego (za aborcję) zajął się nieruchomościami. Znam te piosenki – „Es kommt der Tag…”, „Tag als der Regen kam...”, „Wenn Capri die rote Sonne…” (wszystkie z Loli) – słyszałem je każdej niedzieli dobywające się ze „stolicy” piętro niżej, w górnośląskim familoku, z Radia Luksemburg, połączone z zapachem niedzielnego rosołu i hejnałem z kościoła Mariackiego z innej „stolicy”. Inga i Helmut wyjechali potem do RFN i na pewno nie widzieli nigdy żadnej części jego trylogii o Niemczech Zachodnich – „BRD”. Kiedy oglądam dziś zasłuchanego przy magnetofonie szpulowym Ludwiga Erhardta w Loli tamte czasy stają mi żywo przed oczyma. I pamiętam, kiedy po raz pierwszy oglądałem ten film – to było w RFN, chyba w październiku 1981 roku, w niemal pustym kinie; i Barbara Sukowa jako Lola. Patrzyłem jak wryty i próbowałem zrozumieć – dlaczego nie Schygulla? Kiedy robił Miejskiego włóczęgę byłem jeszcze w podstawówce, gdzie o NRF mówić nie można było, chyba że w związku z rewanżystami, którzy szykowali właśnie skok na szkołę numer osiem. Co ja wtedy widziałem z kina zachodnioniemieckiego? Przyrodnicze Serengeti nie może umrzeć Bernharda Grzimka (1959), Galapagos Heinza Sielmanna (1962) i oczywiście Haralda Reinla Skarb w Srebrnym Jeziorze (1962), a także serię o Winnetou (nie wiedziałem wtedy jeszcze, podobnie chyba, jak i nasi cenzorzy, że Reinl był asystentem Leni Riefenstahl przy filmie Niziny, 1941/1954). A gdzie ten pierwszy z „fassbinderów”? To był chyba film Strach zżerać duszę – dopiero w końcu lat siedemdziesiątych, kiedy prowadziłem DKF w jednym z górnośląskich miast. Potem Opowieść o Effi Briest, zdaje się coś jeszcze, a następnie chyba film o amoku pana R. Pamiętam dobrze, ludzie wychodzili, bo nie takie filmy chcieli oglądać stamtąd, skąd dostawali neski i T-shirty, a dokąd pojechać nie było łatwo. Spodziewali się może klimatów Heimatfilmu, a tu masz ci – Marokańczyk i „Niemcura” (stara do tego i brzydka), albo huśtawka, a na niej Schygulla z lokami na głowie recytująca prozę Fontanego, albo – co gorsza – niezadowolony z życia pan R., który tak ma w tym enerefie wszystkiego dość, że aż targa się na własne życie. A przecież były kolorowe kartki, samochody z białymi tabliczkami i paczki, lawina paczek z kraju Emmi i oszalałego pana R. Kończyłem studia, kiedy Fassbinder adaptował dramat ludowy Franza Xavera Kroetza Wildwechsel – od premiery kinowej w roku 1973 (choć film był już w tym samym roku pokazywany w telewizji) „półkownik” za sprawą samego Kroetza, któremu film się nie spodobał, więc wymusił w nim zmiany, a potem skutecznie zablokował. Bardzo chciałem o tym filmie w tej książce napisać, i o całym gatunku, który ledwo zdołaliśmy musnąć za sprawą Scen myśliwskich z Dolnej Bawarii Petera Fleischmanna, z których to zresztą zeszła do Fassbinderowego kina Schygulla, i to w tym samym 1969 roku aż czterokrotnie. A kiedy my borykaliśmy się ze strajkami na Wybrzeżu, on rozliczał Niemców z aktualnej polityki w Niemczech jesienią i brał się za niecałkiem nieskazitelne początki Republiki w Małżeństwie Marii Braun i Loli.
Potem był u nas stan wojenny, a w niemieckich kinach śpiewała znowu Lili Marleen, i już samo myślenie o filmie pod tym tytułem napawało w tamtych czasach grozą. I jakoś umknęła ta jego końcówka, na którą nikt nie czekał.
Katowice, czerwiec 2005
|
| do góry |