|
Fragment pierwszego rozdziału:
ŚLADAMI ZGASŁYCH GWIAZD
Broadway i Hollywood - centra amerykańskiego przemysłu rozrywkowego, synonimy sławy i fortuny, marzenie wielu adeptów sztuki. Od kiedy stały się stolicami show-biznesu, na które zwróciły się oczy całego świata, wabiły także artystów z Polski. Niestety, niewielu z nich zrobiło tam karierę. Większość była gwiazdami sezonu, meteorami, które przybywszy z odległej prowincji, zabłysnęły w kilku przedstawieniach lub filmach, a przewinąwszy się przez obie metropolie rozrywki, odpowiednie miejsce dla swego talentu znalazły poza nimi. Między Broadwayem a Hollywood, symbolizującymi komercyjny teatr i film, było przecież dużo ośrodków, gdzie tworzono wielką i różnorodną sztukę, oraz scen pełnych prawdziwych diamentów, z których część szlifowała się w Polsce. Im poświęcam tę książkę.
W stworzonej przeze mnie symbolicznej Alei Zapomnianych Gwiazd przedstawiam sylwetki artystów, którzy w pierwszej połowie XX wieku wnieśli znaczny wkład w rozwój kultury muzycznej, teatralnej i filmowej Polski oraz Stanów Zjednoczonych, a dziś są niesłusznie nieobecni w naszej pamięci. Nie jest to jednak rozprawa naukowa analizująca udział Polaków w życiu kulturalnym Ameryki ani nawet monografia omawiająca kariery zawodowe poszczególnych twórców, bo tego typu opracowań nie można napisać nie wykonawszy wszechstronnych, kompletnych kwerend. Moje poszukiwania w bibliotekach i archiwach amerykańskich trwały pół roku. Wydaje się, że to długo, zważywszy że w tych instytucjach pracuje się znacznie efektywniej niż w Polsce, niemniej jednak to zdecydowanie za krótko na odszukanie i przestudiowanie wszystkich materiałów dotyczących kilkunastu osób uprawiających tak różnorodne rodzaje sztuk pięknych i widowiskowych, jak: malarstwo, taniec artystyczny i rewiowy, śpiew, aktorstwo filmowe, kabaretowe i teatralne (na scenach etnicznych, komercyjnych, awangardowych). Zamieszczone w tej książce eseje są więc jedynie szkicami biograficznymi, w których przedstawiam dokonania artystyczne kilkunastu bohaterów na obu półkulach oraz koleje ich losu: fascynujące epizody z życia prywatnego, zawiłe drogi i wybory życiowe.
Mam nadzieję, że szkice przywrócą naszej kulturze nazwiska i osiągnięcia dawno zgasłych gwiazd, zainteresują czytelników niezajmujących się omawianymi zagadnieniami zawodowo, a historykom teatru i filmu wskażą kierunki badań i zachęcą do dalszych studiów. Każda z tych postaci zasługuje bowiem na obszerniejsze opracowanie monograficzne.
Pierwszą gwiazdę w Alei zarezerwowałam dla reżysera Ryszarda Ordyńskiego, którego nazywam zwiastunem reformy teatru w Stanach Zjednoczonych. W latach 1915-1920, kiedy teatr amerykański wkraczał dopiero na drogę sztuki wskazywaną przez Europejczyków, Ordyński zaszczepił w nim styl i metodę reżyserską niemieckiego reformatora Maksa Reinhardta, wykształcił liczną grupę aktorów, reżyserów i inscenizatorów oraz przyczynił się do rozwoju rzemiosła scenicznego w różnego typu teatrach: od uniwersyteckich, eksperymentalnych i niezależnych poprzez operowe i operetkowe po plenerowe. Ponieważ różnorodna działalność artystyczna Ordyńskiego w Polsce i kilku krajach europejskich była fragmentarycznie omawiana, skoncentrowałam się na jego osiągnięciach w Stanach Zjednoczonych.
W 1915 roku reżyser miał okazję współpracować z utalentowanym bratankiem Heleny Modrzejewskiej, artystą-malarzem Władysławem Bendą, który już wkrótce zasłynął jako twórca oryginalnych masek teatralnych. Zachwycali się nimi właściciele teatrów rewiowych na Broadwayu, sięgały po nie teatry dramatyczne i film, a krytycy i teoretycy sztuki poświęcali im rozprawy naukowe. Wieść o sławie Bendy nie dotarła do Polski i artysta nie doczekał się u nas żadnej monografii.
Rok później Ordyński zaprosił do współpracy innego rodaka - również artystę-malarza - Witolda Jurgielewicza-Gordona, związanego z nurtem art déco, który w Ameryce realizował się w wielu dziedzinach twórczości plastycznej.
Lata pierwszej wojny światowej otworzyły też nowy rozdział w życiu Ganny Walskiej, która z Warszawy i Petersburga przez Paryż przybyła do Nowego Jorku z marzeniami o sławie primadonny operowej. W latach dwudziestych była na ustach całej Ameryki, lecz nie z powodu osiągnięć artystycznych - bo te nie były imponujące - a za sprawą sensacji i skandali towarzyskich, których była bohaterką. Z czasem rozgłos, który im zawdzięczała przeminął, nieprzemijające pozostały natomiast jej zasługi jako właścicielki teatru w Paryżu oraz założycielki unikalnego ogrodu botanicznego w Kalifornii, który jest dziś żywym pomnikiem jej pamięci.
W kilka lat po Walskiej opuściła Warszawę Halina Bruczówna - jedna z pierwszych gwiazd polskiego kina niemego. W Ameryce także trafiła na plan filmowy, a później na deski sceniczne. Nie osiągnęła wielkich sukcesów na Broadwayu, które jej wróżono. Zabrakło jej przysłowiowego łutu szczęścia, konsekwencji, uporu i ambicji.
W przeciwieństwie do Bruczówny, szczęście dopisało Mariannie Michalskiej, prostej dziewczynie z Krakowa. wiat poznał ją jako Gildę Gray - niekoronowaną królową shimmy, która stała się gwiazdą broadwayowskiej rewii Florenza Ziegfelda, a w końcu ikoną szalonych lat dwudziestych.
Kariera i burzliwe życie prywatne żadnej z tych trzech kobiet nie były w Polsce znane, czego nie można powiedzieć o losach Poli Negri, o której napisano już wiele. Fala zainteresowania legendarną i tajemniczą gwiazdą na przemian wznosi się i opada. W zamieszczonym w tej książce szkicu relacjonuję ostatnie inicjatywy związane z kultem Poli Negri i przypominam pokrótce znaną biografię artystki, uzupełniając ją o kilka szczegółów z wczesnego okresu kariery w Polsce oraz późniejszego życia prywatnego.
Również w wypadku pozostałych bohaterów książki przedstawiam ich sylwetki, zwracając uwagę na polskie dziedzictwo i związki z krajem. Warsztat artystyczny Marka Windheima ukształtował się w prowincjonalnych i warszawskich kabaretach tuż po pierwszej wojnie światowej. Nabyte tam umiejętności sprawdziły się później w prestiżowej Metropolitan Opera w Nowym Jorku, a wreszcie hollywoodzkiej fabryce snów, gdzie artysta wystąpił w pięćdziesięciu filmach.
Sporą grupę aktorów, którzy przyjechali spełnić amerykańskie marzenie, stanowili Żydzi pochodzący ze środowisk ortodoksyjnych, lecz występujący na scenach polskojęzycznych. Troje z nich zainteresowało mnie nieprzypadkowo - łączyło ich miejsce urodzenia: Lwów, a historyczny, polski Lwów jest dla mnie miastem, z którego prowadzą wszystkie drogi. Zasługi najstarszej, Berthy Kalich, dla teatru żydowskiego były równie duże, jak zasługi Heleny Modrzejewskiej dla teatru polskiego. W drugim etapie kariery, podobnie jak Modrzejewska, Kalich opanowała język angielski i już na scenach amerykańskich wyspecjalizowała się w rolach tragicznych i psychologicznych. Zdobywając sławę, w czasie gdy Modjeska wycofała się ze sceny, pretendowała nawet do schedy po poprzedniczce.
Role komiczne były przez lata domeną samorodnego talentu - Ludwiga Satza, uwielbianego przez żydowskich emigrantów w Nowym Jorku. Nazywany żydowskim Chaplinem, był alter ego tych najbiedniejszych i zagubionych. Pomagał im przetrwać tułaczą niedolę z uśmiechem na twarzy. Jego następcą był Leo Fuchs - przedstawiciel nowego pokolenia komików, bardziej wszechstronny talent estradowy. Przeszedł przez sceny polskie i żydowskie, a po drugiej wojnie światowej, już na scenach anglojęzycznych, odnosił sukcesy w musicalach, z czasem sięgnął po role dramatyczne, miał także powodzenie jako aktor filmowy.
Również żydowskie pochodzenie miał urodzony w Wilnie Joseph Buloff (Bułow), który najwięcej nauczył się w podróżującej po Polsce Trupie Wileńskiej. Był aktorem uniwersalnym, równie świetnie przedstawiającym typy komiczne, jak i tragiczne i - podobnie jak Fuchs - w Stanach Zjednoczonych grał przed publicznością żydowską i amerykańską. Szkicuję jego sylwetkę w ostatnim rozdziale obok Jurgielewicza i trzech tancerek: Dani Krupskiej, Soni Wójcikowskiej i Ewy Rubinstein, które - choć urodziły się w Ameryce - wracały do kraju swych przodków.
|